|
022-834-28-22 |
Angielski Konwersacje
Warszawa Przy Metrze
|
501-652-071 |
|
|
Kilka faktów na temat uczenia się języków obcych Rolą konwersacji jest przede wszystkim stworzenie możliwości i przyjaznych warunków do rozpoczęcia lub rozwijania umiejętności rozmawiania w języku obcym. Im więcej podczas zajęć mówimy tym lepiej, gdyż płynność, swoboda i precyzyjność w komunikacji pojawia się dopiero po pewnej ilości wypowiedzianych przez nas treści. Dość powszechnie nie docenia się dwu czynników niezbędnych do dobrego opanowania języka angielskiego. Są nimi bogate słownictwo i osłuchanie z angielskim. Przez "dobry" rozumiem poziom umożliwiający rozmawianie z native speakerami na dowolny temat, czytanie książek w tym języku czy oglądanie filmów i dowolnych programów TV dla przyjemności czyli poziom, na którym czynności te już nie wymagają od nas konieczności "przymuszania się" do nich. Wiele osób twierdzi, że dobrze zna angielski ale nie czytają na co dzień po angielsku ani nie oglądają regularnie niczego po angielsku, gdyż te czynności są jednak poza ich zasięgiem. Pierwszy z tych czynników - słownictwo. Nie doceniamy skali słownictwa jaką należy opanować. Angielski jest językiem o stosunkowo prostej gramatyce, ale z kolei o trudnym do opanowania słownictwie (i frazeologii). I nie jest problemem tak jak w przypadku chińskiego czy węgierskiego to, że słowa te brzmią jak z Marsa i z niczym się nie kojarzą przez co bardzo trudno jest zapamiętać, bynajmniej. Prawdziwym problemem jest ilość słów i zwrotów niezbędnych by opanować angielski w zakresie umożliwiającym "unoszenie się na powierzchni" i minimalną samodzielność w tym języku. Zakresie, który daje nam możliwość dalszego doskonalenia go już poprzez samo używanie języka. Wiele osób sądzi, że ilość słów rzędu dwu czy trzech tysięcy jest prawdopodobnie wystarczająca. Niestety prawda wygląda tak, że osoba znająca nawet 5 tys. słów nie zrozumie z wiadomości TV czy gazecie prawie nic, nie będzie też w stanie "sama z siebie" dobrnąć do 3 strony w żadnej książce wydanej po angielsku (nie mam tu na myśli książek specjalnie spreparowanych dla uczących się angielskiego). Umiejętności konwersacyjne osoby na poziomie "First'a", czyli ok. 4 tys. słów porównywalne są z kilkuletnim dzieckiem native’m. Żeby być choć minimalnie "atrakcyjnym" partnerem do rozmowy w krajach angielskojęzycznych niezbędny jest poziom ok. 7 tys. słów (czyli mniej więcej CAE). Spotykam się czasami nawet z opinią, że tysiąc czy dwa tysiące słów wystarcza w życiu, np do wyjazdów wakacyjnych, czy do pisania podstawowych maili w pracy. Często zastanawiam się do czego taka "proszę mi wierzyć" szczątkowa znajomość może się przydawać oprócz łudzenia się, że może do czegoś. Ale do czego konkretnie? Nie jesteśmy w stanie nic powiedzieć ani napisać poprawnie, ani często też zrozumiale. Co gorsza nie jesteśmy też w stanie nic zrozumieć w tym języku (pomijając pewne wyjątki np. osoby, które same nie są zbyt dobre w języku angielskim). Z pewnością osoby na takim poziomie nie chciałyby wiedzieć jak ich maile "brzmią" dla osób znających angielski. Często jestem proszony o rzucenie okiem na czyjeś odpowiedzi na maile po angielsku. Nie jestem purystą językowym, ale jest to prawie bez wyjątku horror. I nie chodzi nawet o jakość błędów ale ich ilość. Naprawdę prawie nie zdarzają się zdania poprawne, za to dużo takich, w których nie wiadomo w ogóle o co chodzi. Trudno się też skupić na treści przy tak zniekształconej formie języka. A jest to konsekwencją powszechnego braku jakiegokolwiek kontaktu z realnym angielskim a bez czego przypominamy niewidomych którzy chcieliby wyglądać modnie ale nie mających żadnych punktów odniesienia tak jak my ich nie mamy jeśli nie obcujemy z oryginalnym angielskim (np. amerykańskie lub brytyjskie filmy, strony internetowe, książki czy prasa). Znaczna część tego co powiemy czy napiszemy będzie czymś nieistniejącym w angielskim ale bez kontaktu z językiem w wydaniu native nie możemy tego wiedzieć. A co do wyjazdów np. do Hiszpanii czy Grecji, zaręczam, do tego by czuć się dość komfortowo na wyjazdach zorganizowanych wystarczy "wykuć" powiedzmy 100 podstawowych słów i 30 zwrotów. Nie ma najmniejszej potrzeby aż uczyć się języka na takie okazje. A zatem skuteczny nauczyciel to taki, który potrafi nas nauczyć dużych ilości słów. Większość uczących się i nauczycieli bagatelizując ten problem uczy się słów powoli co prowadzi ich w językową "próżnię". Nie można o takiej osobie powiedzieć, że nie zna angielskiego, ale też nie można powiedzieć, że go zna gdyż normalne używanie tego języka jest przed nią zamknięte (pomijając marginalne jego użycia). Dopiero pokonanie bariery 7-8 tys. słów wydobywa nas z tej próżni i pozwala stać się pełnoprawnym użytkownikiem języka, bycie partnerem w rozmowie dla innych. Dopiero na tym poziomie zaczniemy odbierać angielski jako przyjazne środowisko. Ale czy można nauczyć się tylu słów w realnym czasie a przede wszystkim zanim się zniechęcimy? Jak najbardziej. Potrzebujemy do tego trzech rzeczy. Po pierwsze dobra znajomość angielskiego musi być naszą osobistą, ważną ambicją na tyle ważną by nauka i kontakt z językiem miał wysoki priorytet w naszym planie dnia. Po drugie musimy być dobrze zorganizowani i konsekwentni. Po trzecie musimy być elastyczni. Bardzo często zwracają się do mnie osoby mające śladowy kontakt z angielskim w pracy i poza, którzy tak kierują swoim życiem, że nie ma w nim miejsca ani też szansy, w przewidywalnej przyszłości, na regularny kontakt z językiem). Jedna 3-minutowa rozmowa po angielsku z szefem lub kimś przez telefon, czy 2 maile w tygodniu to przykłady takiego śladowego kontaktu, który nie ma prawa nas nauczyć niczego nauczyć choćbyśmy robili to do końca świata. Dlaczego, ponieważ naszymi partnerami są najczęściej osoby które same są na podobnym poziomie co my. Czasami "sprzedają" nam jakieś nowe słówko czy zwrot, tak jak i czasami "sprzedają" nam swoje błędy i błędne wyobrażenia na temat tego co jest językiem angielskim. Bilans takich kontaktów – bliski zeru. Inne przykłady kontaktów z angielskim co do których nie powinniśmy się łudzić: krótki artykuł w Internecie, może fragment instrukcji obsługi lub parę linijek tekstu w nowej grze komputerowej raz w tygodniu. To zwykle oznacza tempo przyswajania na poziomie około 200 słów rocznie a przypomnijmy gdzie powinniśmy szybko dotrzeć zanim nasza niebuddyjska raczej cierpliwość do angielskiego się skończy – minimum 7 tys. Załóżmy, że ugrzęźliśmy gdzieś typowo w okolicach trzeciego tysiąca (czyli na takich słowach takich jak: loan, available, permission, courage, rude, edge, violence, borrow, mall, property, tear, whom, stolen, headache, release, tool itp). Oznacza to, że brakuje nam jeszcze około 4 tys. słów, podstawowych a w tym również zupełnie elementarnych dla każdego zresztą języka. 4 tys. podzielmy przez 300 słów/rok, da nam to 13 lat – kogo zatem stać na takie tempo. Chyba tylko tych, którzy nie są świadomi problemu. Proszę się rozejrzeć po tej statystyce dla słownictwa języka angielskiego, kliknij tu). Czy pogodzilibyśmy się by zrezygnować z używania w swoim własnym języku takich słów jak: zakończony, luty, dotyczyć, niesmaczny, pozdrowić, hodować, cecha/funkcja, odporność, pożegnanie, trudność, hamulec, chodnik, obejmować, przeciwnik, zwalniać, odraczać/odkładać na później, oskarżenie, sensowny, powiadamiać, zastrzyk, zaleta, pikantny/ostry, skuteczny, ładunek, obrażać itd. A są to słowa z okolic 6-7 tysiąca. Jak widzimy twierdzenie, że poziom np 4 tysięcy (czyli mniej więcej First'a) jest w zasadzie wystarczający jest równoznaczne z odpuszczeniem sobie słownictwa, które tworzy rdzeń każdego współczesnego języka. Jeśli chcemy uczyć się języka na serio nie sposób tych faktów ignorować. Myślenie życzeniowe nic tu nie zmieni. Jakkolwiek nie będziemy tu czarować i tak nieodmiennie będziemy wracać do punktu wyjścia, u którego podstaw kryje się obiektywny i bezwzględny fakt, że język angielski (jak i każdy inny rozwinięty język) składa się z wielu tysięcy niezbędnych we współczesnej komunikacji słów i zwrotów i przyswojenie ich jest decydującym czynnikiem osiągnięcia sensownego poziomu w opanowaniu go. Drugim najważniejszym czynnikiem dla pełnego opanowania języka jest jak wspomnieliśmy osłuchanie. Bogate słownictwo i przyzwoite osłuchanie z angielskim sprawiają, że wszystkie pozostałe problemy z tym językiem przestają nimi być. Osłuchanie tak naprawdę jest wstępnym i niepomijalnym etapem rozwoju umiejętności mówienia niezależnie czy chodzi o język ojczysty, którego uczymy się we wczesnym dzieciństwie czy język obcy w późniejszym okresie. Tylko dzięki osłuchaniu można mówić płynnie i poprawnie w danym języku. Być może wiele osób sądzi, że wyjazdy wakacyjne do Hiszpanii czy nawet U.K. coś mogą tu zmienić. Niestety nie zmienią z prostej przyczyny. Do osłuchania potrzebny jest dłuższy i bardziej intensywny kontakt z angielskim, niż na ogół się podejrzewa. Osoba chcąca dobrze mówić potrzebuje kontaktu z językiem angielskim w wykonaniu rodowitych Brytyjczyków, Irlandczyków czy Amerykanów należących (sic!) do klasy średniej, lub lepiej. Taki kontakt daje np. praca lub szkoła (nie chodzi o kursy językowe) w tych krajach. Taki kontakt chociaż niestety nieinteraktywny, ale za to darmowy daje również angielskojęzyczna telewizja w naszym własnym domu, czy intensywne oglądanie filmów na DVD przełączonych na wersję oryginalną, audioksiążki a nawet filmiki na Youtube. Jaki czas jest potrzebny do istotnego osłuchania? Według mojego doświadczenia w przypadku młodzieży do roku - codziennego min. 2 godzinnego kontaktu z oryginalnym mówionym angielskim. W przypadku dorosłych między rokiem a dwoma. Bez tego niestety zawsze będziemy dukać, wymyślać niestworzone rzeczy w angielskim oraz mówić zawstydzająco, użyjmy eufemizmu, "prosto". Nasza komunikacja będzie wtedy zawsze jak „przez szybę”, bez możliwości powiedzenia dokładnie tego co mamy w głowie, tak jak chcielibyśmy, To nigdy nie będzie to, nawet w przybliżeniu. Proszę nie wierzyć też w to, że ewentualna wysoka cena kursu może zdjąć z uczącego się konieczność wnoszenia znacznego wkładu czasowego, zaangażowania intelektualnego i emocjonalnego w proces uczenia się. Nie pozostawia złudzeń co do tego to jak "niechcący" szczerze stawia sprawy wiodąca firma językowa na międzynarodowym rynku ekskluzywnych kursów językowych dla ludzi biznesu. Za cenę grubo ponad sto złotych za 40 minutową lekcję obiecuje nam „ekstremalny wysiłek”. Wprawdzie pewien wysiłek jest nieodzownym składnikiem każdego procesu poznawczego ale wcale nie oznacza to, że nie może być ciekawie. Większość osób z branży nauczania języków jak i sami uczący się zapominają, że jeśli mamy świeże podejście do uczenia się angielskiego to zajęcie to staje się "great fun". I może być to jedna z największych przygód w naszym życiu jeśli jesteśmy gotowi robić z angielskiego codzienny, realny użytek. Nie da się ukryć, że w tak poważnych przedsięwzięciach jak przyzwoite opanowanie języka niezwykle liczy się nasz "attitude" i nie chodzi tu o deklaracje.
|
|
|
022-834-28-22 |
501-652-071 |